1. Start
  2. Artykuły
  3. Wywiady
  4. Wywiad z Anną Wróbel
muzyczny.pl największy wybór instrumentów muzycznych: gitary, perskuje, pianina, światła, dj i wiele innych.
ARTYKUŁ: Wywiady - Wywiad z Anną Wróbel

Wywiad z Anną Wróbel

szukaj w artykułach:
1. Wiolonczela… pochodzi Pani z rodziny o głębokich tradycjach muzycznych. Pani rodzice to również wiolonczeliści. Z jednej strony wydaje się naturalne, że postanowiła Pani związać swoje życie właśnie z tym instrumentem, jednak z drugiej strony dzieci często chcą pokazać swoją odrębność wybierając podobne, lecz nie takie same ścieżki co ich rodzice (jak np. Pani brat). Jakie były Pani początki z wiolonczelą?
Tak, to prawda. Moja Rodzina to muzycy od pokoleń. Rodzinna historia mówi, że mój prapradziadek był puzonistą u Cara w Rosji, a więc są to dane z pewnością sprzed 1918 r. Z kolei przodkowie mojej Mamy byli organistami. Mój Dziadek – Leon Piwkowski – był pierwszym puzonistą Filharmonii Narodowej. Generalnie w naszej Rodzinie mamy szerokie spektrum instrumentów. Jest frakcja instrumentów dętych blaszanych oraz smyczkowych, w tym, to fakt, głównie wiolonczel. Jeśli zaś chodzi o moje początki z wiolonczelą, to proszę mi wierzyć, ale nie mam pojęcia, kto za tym stoi. Nie przypominam sobie faktu rozmyślania o tym, na jakim bym chciała grać instrumencie ani też jakiejś ogromnej determinacji, że to musi być wiolonczela. Tak po prostu wyszło i uważam, że tak jest najlepiej. To dowód na to, że w świecie nie ma przypadków.

2. W Polsce panuje często przekonanie, że dzieci, które idą w ślady rodziców i wybierają taki sam zawód jak oni mają łatwy start i tym samym większe szanse, aby osiągnąć sukces niż ci, których rodziny nie mają tzw. znajomości w danej branży. Ma to dotyczyć przede wszystkim lekarzy, prawników, ale i również muzyków. Czy nie jest jednak tak, że dorastanie w otoczeniu, w Pani przypadku profesjonalnych muzyków nie stwarzało zbyt wielkiej presji, nie stresowało, a zatem i nie demotywowało?
Dla mnie dorastanie w otoczeniu profesjonalnych muzyków było czymś po pierwsze naturalnym, a po drugie – fascynującym, a na pewno nie było stresujące czy w jakikolwiek sposób demotywujące. Możliwość słuchania, rozmawiania i przebywania w towarzystwie wielu wspaniałych muzyków bez wątpienia wpływała na sposób mojego myślenia o muzyce i rozumienia jej. Zawsze wielkim autorytetem dla mnie był i pozostanie mój Tata, a zarazem profesor – Andrzej Wróbel. Z całą pewnością duży wpływ na rozwój mojej osobowości i muzykalności miał fenomenalny polski skrzypek, niestety już nieżyjący – Piotr Janowski, przyjaciel mojego Ojca. Był częstym gościem w naszym domu, a rozmowy z nim i wspólne słuchanie muzyki otworzyły mi oczy i uszy na prawdziwy świat muzyczny. A czy fakt, iż dorastałam w takim a nie innym otoczeniu miał wpływ na moje życie? No z pewnością, ale być może zawiodę tu wyznawców teorii, że jak ktoś ma uznanego „tatusia”, to wszystko mu przychodzi „o tak”. Otóż nikt niczego za mnie się nie nauczył, nie wyćwiczył, nie zagrał, nie przeczytał. Ja mogłam tylko umiejętnie korzystać ze wskazówek. Zatem fakt, iż żyję tu, gdzie żyję jest kolejnym dowodem na to, że w świecie nie ma przypadków.

3. Wenezuela to kraj, z którym niewątpliwie jest Pani bardzo związana. Wszystko zaczęło się od kursów prowadzonych przez dr Williama Molinę w Caracas. Jak to się stało, że trafiła Pani właśnie na te kursy i wstąpiła Pani do Latynoamerykańskiej Akademii Wiolonczelowej?
Związana to może zbyt „wiążące” określenie. Po prostu uwielbiam ten kraj. Począwszy od niezwykłych ludzi, którzy tam mieszkają, przez klimat, na kawie kończąc. A wszystko zaczęło się od tego, że do Polski przyjechał właśnie William Molina – cudowny człowiek, fantastyczny wiolonczelista. Prowadził kursy wiolonczelowe i po nich zaprosił mnie na kursy do Caracas – jakże mogłam nie skorzystać z takiego zaproszenia. Pojechałam i wróciłam zachwycona. Świetnie rozumiałam się z wiolonczelistami latynoamerykańskimi, których tam wtedy poznałam i którzy stwierdzili, że świetnie do nich pasuję. William Molina powiedział nawet – z czego jestem dumna – że w grze na wiolonczeli prezentuję iście latynoamerykański temperament!

4. Można powiedzieć, że języki tworzą bariery, natomiast muzyka pozostaje tym co łączy ludzi. Czy zauważyła Pani jakieś różnice w rozumieniu, interpretacji czy odbiorze muzyki między Polakami a Wenezuelczykami czy raczej jest to kwestia indywidualna?
Muzyka jest językiem uniwersalnym. Oczywiście możliwe są odmienne interpretacje wynikające z różnic kulturowych czy właśnie – temperamentów, choć ta ostatnia różnica dotyczy także artystów jednej nacji.

5. Jest Pani pasjonatką polskiej muzyki kameralnej XIX i początku XX wieku.
Tak, to prawda. Zamiłowanie, czy w ogóle zainteresowanie polską muzyką wyniosłam z domu (to a propos skutków dorastania w danym otoczeniu – z kim przestajesz, takim się stajesz). Mój Tata, wspominany już prof. Andrzej Wróbel, odkrył wiele pięknych dzieł kompozytorów polskich XIX w. dzieł, które przez lata były sklasyfikowane przez polskich muzykologów jako wtórne, gorsze, naiwne i ogólnie prawie śmieszne. Przy czym muzykologowie ci wyrażali swój sąd… nie słysząc nigdy utworów, na które wydają wyrok! To prawie jak w „Rejsie”: „Wprawdzie nie słyszałem piosenki, ale chciałbym powiedzieć kilka słów na jej temat”! No więc działania prof. Wróbla, które zaowocowały organizacją kilku kolejnych Festiwali Polskiej Muzyki Kameralnej całkowicie zadały kłam słowom pisanym przez polskich muzykologów. Okazało się, że muzyka polska to nie tylko Chopin i Szymanowski; to jeszcze Dobrzyński, Nowakowski, Rutowski, Stolpe, Maliszewski i cała plejada innych znakomitych twórców, którzy pisali świetne, oryginalne utwory na bardzo wysokim poziomie artystycznym, a których trzeba wydostać z zapomnienia. Ja osobiście bardzo interesuję się polskimi wiolonczelistami oraz polską literaturą wiolonczelową. Tym zagadnieniom poświęciłam m.in. moją pracę doktorską, a z pianistą – Mariuszem Dropkiem – nagraliśmy płytę „Les Larmes” z nieznanymi polskimi miniaturami wiolonczelowym. Znalazło się tam dużo ciekawych odkryć – opus 1 Ludomira Różyckiego – dwie miniatury Serenada i Nokturn, utwory polskich wiolonczelistów – Henryka Adamusa czy Henryka Waghaltera oraz Karola Skarżyńskiego i wiele innych. Nagrałam też utwory wiolonczelowe wspaniałego kompozytora polskiego już z XX w. – Aleksandra Kulikowskiego; były to Suita na wiolonczelę i fortepian oraz Koncert wiolonczelowy. W pełni zgadzam się z Józefem Reissem, który mówił, że „najpiękniejsza ze wszystkich jest muzyka polska”. Uważam, że polska polityka kulturalna i praca u podstaw samych muzyków powinny doprowadzić do tego, iż powiedzenie „cudze chwalicie, a swego nie znacie” zmienimy na „swoje chwalimy, choć cudze znamy.” Taka powinna być misja muzyków polskich. To jest moja misja.

6. Pani brat Piotr Wróbel napisał dla Pani utwór „Moliendo Café”, który będziemy mogli usłyszeć na Pani najnowszej płycie poświęconej polskim kompozytorom. Z jakiej okazji został on skomponowany i do czego nawiązuje?
„Moliendo cafe” to utwór, który powstał w 2007 r., kiedy to wróciłam z pierwszej wizyty w Wenezueli, zafascynowana tym krajem, jego mieszkańcami, muzyką i kulturą. Poprosiłam brata, aby napisał taką fantazję wenezuelską, potpourri złożone z różnych wenezuelskich melodii ludowych i popularnych. Uważam, że zrobił to znakomicie! W utworze słychać cytaty z piosenek wenezuelskich z różnych regionów, a całość wieńczy największy tamtejszy hit – „Moliendo cafe”, w oryginale śpiewany przez Julio Iglesiasa. Oczywiście, to nie jest tak, że Piotrek wziął kilka melodii i po prostu je połączył, po czym się podpisał pod tym dziełem. To jest oryginalna kompozycja, z wplecionymi cytatami, w której zastosował ciekawe efekty sonorystyczne – np. wiolonczela solo gra kostką do gitary, imitując tym samym charakterystyczne dla Wenezueli quattro – małą gitarę. W roku 2010 z zespołem Camerata Vistula byliśmy w Caracas i graliśmy ten utwór dla wenezuelskiej publiczności. Owacje były ogromne, a publiczność – zachwycona! Zresztą w Polsce jest zawsze podobnie. Utwór po prostu się podoba, co mnie zupełnie nie dziwi!

posłuchaj:
Moliendo Café cz. I
Moliendo Café cz. II

7. Jakie inne utwory będziemy mogli usłyszeć na najnowszej płycie?
Na mojej najnowszej płycie „Choralis Passeris”, którą nagrałam z zespołem Camerata Vistula znalazły się tylko i wyłącznie utwory kompozytorów polskich, na wiolonczelę i zespół smyczkowy. A są to – Serenada na wiolonczelę i kwintet smyczkowy Mieczysława Karłowicza, Suita op. 20 Witolda Maliszewskiego – to utwór odkryty w 2010 r., a napisany około 1910, nagrodzony na konkursie kompozytorskim w Paryżu w 1924 r. Na płycie znalazła się też przepiękna Scena dramatyczna Atnoniego Stolpego – polskiego geniusza doby pochopinowskiej; kompozytora, który zmarł w wieku zaledwie 21 lat. Całość wieńczą dwie kompozycje z XXI w., napisane specjalnie dla mnie – tytułowy „Choralis Passeris”, a więc „Wróblowy chorał” Krzysztofa Herdzina; utwór najnowszy, napisany w 2014 r., utrzymany w medytacyjnym, kontemplacyjnym charakterze muzyki sakralnej, inspirowany, jak mówi sam kompozytor – jednogłosowym śpiewem liturgicznym. No i na koniec „Moliendo cafe” Piotra Wróbla, o którym już mówiłam.

8. Nowy album wiąże się najczęściej z trasą koncertową. Kiedy i gdzie będzie można Panią usłyszeć? Czy planowana jest również promocja płyty poza granicami naszego kraju?
Jest jedna dobra wiadomość, że koncert promocyjny odbędzie się 26 maja, we wtorek, o godzinie 18 w Skwerze Hoovera na Krakowskim Przedmieściu 60a w Warszawie. Łatwo zapamiętać datę, bo to akurat Dzień Matki. Serdecznie zapraszam! Co do następnych koncertów, to jest to na razie pewna niewiadoma, ale mam nadzieję, że będę mogła zaprezentować polskiej publiczności te wszystkie piękne perły, które zostały uwiecznione na płycie „Choralis Passeris”.

Zachęcamy do odwiedzenia strony Artystki: annawrobelcello.pl



kategoria: Wywiady




© CameralMusic 2011 by programista | design: studiobaklazan.pl