1. Start
  2. Artykuły
  3. Wywiady
  4. TO PRZESZŁO NASZE NAJŚMIELSZE OCZEKIWANIA
Portal Muzyczny.pl
ARTYKUŁ: Wywiady - TO PRZESZŁO NASZE NAJŚMIELSZE OCZEKIWANIA

TO PRZESZŁO NASZE NAJŚMIELSZE OCZEKIWANIA

szukaj w artykułach:

Nie tylko o nagraniach w Narodowym Forum Muzyki opowiadają laureaci Grammy, wybitni reżyserzy dźwięku: Aleksandra Nagórko i Andrzej Sasin z CD Accord.

Grzegorz Chojnowski: Co państwo wpisują w rubrykę zawód?
ALEKSANDRA NAGÓRKO: Reżyser dźwięku.
ANDRZEJ SASIN: Właśnie tak.
Reżyser dźwięku to nie jest to samo, co realizator pracujący przy tzw. konsolecie?
A.N.: Reżyser dźwięku, w moim przekonaniu, wnosi jednak jakiś pierwiastek twórczy. To nie jest prosty zapis zdarzenia dźwiękowego czy koncertu. Na sesjach nagraniowych mamy wpływ na to, co się dzieje, i wspólnie z artystami, muzykami, staramy się jak najpełniej oddać kształt dzieła muzycznego. To jakby następny stopień interpretacji.
A.S.: Jesteśmy oboje absolwentami Wydziału Reżyserii Dźwięku i nasi profesorowie zawsze podkreślali, że nie chodzi o prostą realizację typu: otwieram hebel mikrofonu i już. My twórczo pracujemy nad źródłem dźwięku, aby zapisać je tak, jak najlepiej według nas powinno zabrzmieć. Najlepiej nie musi w tym wypadku znaczyć „tak jak na sali”.
Ten Wydział Reżyserii Dźwięku to elitarne miejsce, kończy go kilka osób w roku. Jak i kiedy pojawiła się w waszych głowach myśl, żeby właśnie tam skierować swoje studenckie kroki? Jesteście melomanami od dziecka?
A.N.: Oboje przeszliśmy wszystkie szczeble edukacji muzycznej. Od dziecka muzyka była obecna w naszym życiu. Ja grałam na fortepianie i pamiętam, że moja nauczycielka, może nie powinnam tego mówić, już w podstawówce powiedziała: „Wiesz, Ola, dobrze słyszysz, ale nie lubisz ćwiczyć. Idź na reżyserię dźwięku”. Oczywiście wtedy potraktowałam to jako żart. Potem wydawało mi się, że to jest właśnie tak, jak pan powiedział, że to jakaś elita elit i że w ogóle nie ma szans, abym się tam dostała. Zresztą moje drogi raczej naokoło prowadziły na ten wydział, bo najpierw były jeszcze studia filozoficzne, fortepian w Bydgoszczy, no i dopiero później zdecydowałam się na reżyserię dźwięku.
A.S.: A ja zdecydowałem się szybciej. Mamusia postanowiła kiedyś, że spróbuje mnie wysłać do szkoły muzycznej na skrzypce, pewnie chciała, żebym uniknął różnych dziwnych sytuacji podwórkowych. Był nawet moment w szkole podstawowej, kiedy – pamiętam dokładnie – rzuciłem: koniec, żadnego ćwiczenia, żadnego grania. A pani polonistka, która zobaczyła moje podanie o przyjęcie do technikum, po prostu je podarła. Sama była wokalistką i przy okazji powiedziała: „Nie, nie, ty pójdziesz do liceum muzycznego”. I tak zdecydowała o następnych czterech latach. W liceum muzycznym w Katowicach uczył mnie świętej pamięci profesor Borkowski, skrzypek – wtedy – WOSPR-u, i on w pewnym momencie podsunął pomysł, że jest taki wydział w Warszawie…
To przy okazji wiemy, w jakich instrumentach się specjalizujecie. Skrzypce i fortepian, świetnie się przy okazji uzupełniacie. To pewnie te łatwiejsze instrumenty do nagrania dla was?
A.S.: Nie ma łatwych instrumentów do nagrania, a fortepian jest chyba najtrudniejszy.
Dlaczego?
A.N.: Jest bardzo wiele czynników, które mogą zdecydować o powodzeniu albo o niepowodzeniu nagrania, poczynając od samego instrumentu i tego, pod czyją opieką on się znajduje. Stroiciel jest bardzo ważny, podczas nagrania musi być, doglądać, cały czas korygować. Ogromne znaczenie ma sala. My preferujemy większe, żywsze przestrzenie. Z czysto reżyserskiego punktu widzenia dość trudno uzyskać dźwięk, który z jednej strony charakteryzowałby się żywą, bogatą przestrzenią, a z drugiej strony oddawał detale. Do tego dochodzi olbrzymia rozpiętość dynamiczna i skala instrumentu…
Z samym zapisem dźwięku też jest dziś chyba inaczej niż kiedyś. Jako reżyserzy czujecie różnicę w podejściu artystów, którzy teraz mają do dyspozycji – podobnie jak wy – bezkresne cyfrowe możliwości?
A.S.: Kiedy ja zaczynałem w czasach taśmy analogowej i z nożyczkami w ręku, był taki etap, gdy możliwości montażu były na tyle ograniczone, że zdecydowana większość decyzji należała do dyrygenta i zespołu lub solistów. Po prostu nagrywało się trzy wersje; była taka koncentracja, że pojawiało się mniej pomyłek. Czerwone światło bardziej mobilizowało.
A.N.: W ogóle w życiu muzycznym wszystko bardzo przyspieszyło. Artyści grają dzisiaj dużo więcej koncertów, niż grało się kiedyś, podróżują, koncerty mają dzień po dniu, nawet bez próby. To samo jest z nagraniami. Kiedyś jeżeli zespół decydował się na nagranie, rezerwowało się salę, zamykało budynek na tydzień i nagrywało. Natomiast dzisiaj nagrywanie jest jednym z wielu aspektów działalności w instytucjach muzycznych. My jesteśmy z Andrzejem z trochę innych pokoleń i ja nie mam doświadczeń z nagrywaniem na taśmie analogowej, kiedy z czysto technicznych względów montaż był problemem. Ale nie uważam, żeby możliwości techniczne, które teraz mamy, w jakiś negatywny sposób wpłynęły na interpretacje.
Teraz chciałbym zapytać o duet. Pan Andrzej zaczynał z Andrzejem Lupą...
A.S.: Nie wiem, czy dobrze liczę, bo to jest aż niewiarygodne, ale pierwsze nagranie zrobiliśmy w 1980 roku. Zaczynaliśmy w Polskich Nagraniach i wiele lat tam pracowaliśmy. Potem były trudne czasy, stan wojenny, w końcu – ze szkodą dla chyba wszystkich – podjęto decyzję o rozwiązaniu Polskich Nagrań, zwolniono ekipy nagrywające. Wtedy z Andrzejem rozpoczęliśmy działalność gospodarczą jako ekipa nagraniowa oferująca usługę rejestrowania muzyki poważnej.
To była firma Classicord. Classicord się skończył, zaczął się CD Accord i tu od lat współpracuje pan z Aleksandrą Nagórko. Duet jest potrzebny po to, żeby było ciekawiej, lepiej, kreatywniej?
A.S.: Tak. Jestem z tej szkoły, gdzie zawsze ekipa była dwuosobowa, to był element kształcenia nas. Mój świętej pamięci profesor Antoni Karużas zawsze miał ekipę dwuosobową. W Polskich Nagraniach też były ekipy dwuosobowe, nawet z trzecią osobą, która wykonywała montaż pod okiem i według wskazówek reżysera. Ja zaczynałem właśnie od stanowiska montażysty i pierwsza płyta, którą montowałem, to było nagranie profesora Karużasa i Krystyny Diakon z Krystianem Zimermanem w Bydgoszczy. Jego jedyne nagranie dla Polskich Nagrań.
A.N.: W duecie staramy się uzupełniać i inspirować. Jedna osoba prowadzi sesję, rozmawia z artystami. To robi Andrzej. Później następuje montaż. Pierwszym montażem zajmuję się ja. Później słuchamy tego razem, robimy ewentualne poprawki. Zgranie i mastering to praca, którą wykonujemy wspólnie.
Przyjaźnicie się z muzykami, z kompozytorami?
A.N.: Z wieloma tak.
A.S.: Myślę, że nie dałoby się chyba tworzyć, pracować nad czymś razem, gdyby nie było chemii, zaufania do nas, gdybyśmy nie lubili tego, co dany muzyk proponuje albo co sobą prezentuje. Takich sytuacji chyba ogólnie należy unikać. Jeśli tej chemii nie ma, to po co zaczynać?
A.N.: My się też pod płytą podpisujemy. To nie my jesteśmy twórcami, ale też zawsze wkładamy w nią bardzo dużo serca i chcemy, by wyszło jak najlepiej. Ciężko by się było podpisać pod czymś, do czego nie jesteśmy przekonani.
A największy sukces? Współtworzyliście na przykład płyty uhonorowane nagrodą Grammy.
A.N.: To chyba rzeczywiście jest taka najbardziej rozpoznawalna nagroda. Mamy statuetkę za rok 2012 w kategorii Best Classical Compendium. To płyta wydana przez Naxos, którą nagraliśmy z Orkiestrą Filharmonii Narodowej, pięciorgiem solistów, pod dyrekcją Antoniego Wita, znalazły się na niej utwory Krzysztofa Pendereckiego. Ale największą nagrodą jest to, że wykonawcy do nas wracają i chcą znowu nagrywać.
A.S.: W tym roku nasze nagranie utworów Krzysztofa Pendereckiego pod jego batutą z solistami, Orkiestrą i Chórem Filharmonii Narodowej, wydane przez Warner, dostało Grammy. Nagrodę dostali osobiście dyrygent i chórmistrz.
To, kto dostaje nagrodę, jest trochę mało czytelne.
A.S.: W regułach Grammy jest wyraźnie napisane, komu w danej kategorii nagroda jest przyznana, choć oczywiście wszyscy współtworzą utwór, nagranie. W przypadku płyty Penderecki Conducts Penderecki, czyli płyty z muzyką chóralną, nagrodę otrzymali dyrygent i chórmistrz, kierownik chóru – czyli profesor Krzysztof Penderecki i profesor Henryk Wojnarowski.
Nasza dzisiejsza rozmowa też jest po to, żeby wydobyć z cienia was, reżyserów dźwięku, których rzeczywiście w zapowiedziach, anonsach radiowych się pomija, ze względu może na brak miejsca, brak czasu. A najchętniej nagrywany repertuar? Mają państwo taki? Barok, romantyzm, muzyka współczesna?
A.N.: Najlepiej, gdy jest różnorodnie i gdy po jakimś bardzo ciężkim nagraniu z muzyką współczesną nagrywa się na przykład Mozarta. To działa jak woda źródlana.
A.S.: Jak balsam. Dobrze jest, gdy się rozumiemy z wykonawcami, gdy od początku mamy wspólny cel. Wtedy jest super, niezależnie od tego, czy to muzyka współczesna, czy solowa, czy orkiestrowa. Tak jak ostatnio pracujemy z zespołem Filharmonii Narodowej, z Jackiem Kaspszykiem, albo tutaj z dyrektorem Kosendiakiem i jego zespołem. Nieraz bywa trudno, ale jest też wspaniale.
Jak zaczęła się wasza współpraca z Narodowym Forum Muzyki?
A.N.: Zanim NFM powstało! W marcu 2009 roku zostaliśmy zaproszeni do nagrania debiutanckiej płyty Wrocławskiej Orkiestry Barokowej. Nagranie odbywało się na Krzykach, w sali koncertowej Radia Wrocław. Ku naszej radości ta współpraca się rozwinęła – nagrywaliśmy z prawie wszystkimi zespołami NFM. Przygotowaliśmy więc kilka płyt z WOB-em, ostatnio wyszła płyta z sonatami Beethovena w wykonaniu Jarka Thiela i Kasi Drogosz – to nagranie na instrumentach z epoki. Pracowaliśmy też z Chórem NFM i Agnieszką Franków-Żelazny. Piękna płyta De profundis zdobyła w tym roku Fryderyka. Teraz przyjechaliśmy do Wrocławia na nagranie z Lutosławski Quartet, a znamy się od czasu ich pierwszego albumu. Wielką radością była praca w ubiegłym roku przy debiutach dwóch znakomitych zespołów – LutosAir Quintet i Polish Cello Quartet. Mamy w katalogu dwie płyty NFM Orkiestry Leopoldinum (nie nagrywaliśmy ich osobiście), pracowaliśmy z Chórem Chłopięcym (Salzburska Msza Maryjna), NFM Filharmonią Wrocławską, która właśnie nagrała pierwszą z serii płytę z utworami Pawła Mykietyna, pod dyrekcją Benjamina Shwartza.
A.S.: Skoro o orkiestrze symfonicznej i wydawnictwie mowa – to równoległy rozdział naszej współpracy z NFM ¬– nie można nie wspomnieć o cyklu wydawniczym wszystkich dzieł Witolda Lutosławskiego. Jeszcze długa droga przed nami, do tej pory ukazało się sześć płyt. Wydany został komplet symfonii – II, III i IV NFM Filharmonia Wrocławska nagrała pod dyrekcją Jacka Kaspszyka, zaś Pierwsza znalazła się na płycie live, razem z Koncertem na orkiestrę – całość poprowadził maestro Stanisław Skrowaczewski. Ukazały się też utwory kameralne, Koncert fortepianowy z Garrickiem Ohlssonem, Koncert podwójny oraz wczesne utwory Lutosławskiego, jak na przykład Mała suita czy dyplomowa Lacrimosa. W tej chwili pracujemy nad siódmą płytą w serii – z piosenkami dziecięcymi.
A.N.: Drugim ważnym cyklem są płyty z polską muzyką barokową w wykonaniu specjalnie do tego projektu powołanego międzynarodowego zespołu Wrocław Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka. Wydaliśmy w tej serii utwory Gorczyckiego, Pękiela i Mielczewskiego. Chcemy też wydać kompilację tych utworów na płytach winylowych.
A.S.: Myślę, że warto zwrócić uwagę na stronę edytorską wszystkich płyt wydawanych z NFM. Są to albumy piękne graficznie, z bardzo ciekawymi esejami, dopracowane w każdym szczególe, za co chciałbym podziękować całemu zespołowi, z Martą Niedźwiecką na czele.
W NFM macie rzeczywiście festiwal nagraniowych rozmaitości.
A.N.: Tak, to wyjątkowe miejsce. Nagrywamy w Sali Głównej i w Sali Czerwonej. Obie uważamy za znakomite. Fantastyczne jest to, że można je dostosować do konkretnych warunków i do konkretnego zespołu, brzmienia i repertuaru. Utwory z różnych epok mają swoje wymagania. Obie te sale są bardzo inspirujące. Możliwości kształtowania przestrzeni, akustyki, są fantastyczne i bardzo lubimy tu wracać. Mamy też wielu przyjaciół w NFM, a Wrocław jest pięknym miastem, w którym po prostu lubimy być.
A.S.: Każda sala jest jakby samodzielnie instrumentem, powinna współgrać ze źródłem, które ją pobudza. To właśnie niesamowite tutaj, że ta przestrzeń, to powietrze, jest szalenie żywe, wzbogacające, jak dobre pudło rezonansowe. Nie walczymy z materią, staramy się wykorzystać to, jak bardzo ta sala może każdemu pomóc. Pamiętam, jak zaproponowaliśmy Januszowi Wawrowskiemu nagranie jego płyty, kiedy w NFM jeszcze nic się nie działo. To dla nas był szok, on też chyba nawet nie mógł uwierzyć, że jego skrzypce tak brzmią. Ta płyta – Sequenza, wydana przez Warner Classics – dostała w tym roku Fryderyka.
A.N.: Pamiętam też jeszcze wcześniejsze nagranie, to w ogóle było pierwsze nagranie w tym budynku, w Sali Czerwonej. Ta płyta z kolei była w tym roku do Fryderyka nominowana – to utwory a cappella Bartłomieja Pękiela. Pamiętam, że dyrektorowi Kosendiakowi bardzo zależało na dużej przestrzeni kościelnej. I szukaliśmy kościoła, gdzie można by było to nagrać, ale z kościołami są problemy, bo albo jest zimno, albo są hałasy, albo msze, więc też trzeba się jakoś do tego harmonogramu dostosować. Przyszliśmy tutaj, do Sali Czerwonej. Czworo śpiewaków stanęło właściwie w jakimś przypadkowym miejscu, zaczęli śpiewać, a myśmy wszyscy stali jak zahipnotyzowani. Od razu było wiadomo, że takiego kościoła nie znajdziemy.
A.S.: A potem weszliśmy do Sali Głównej, braliśmy udział w pierwszych próbach koncertów testowych, z Tateo Nakajimą, genialnym architektem odpowiedzialnym za akustykę. To, co się działo – nawet nie wiem, jak to powiedzieć ¬– to był szok, że takie rzeczy można zrobić, jak wiele mamy możliwości kształtowania wielkości sali, koloru powietrza, dostosowania przestrzeni do rozmiaru zespołu.
A.N.: Pamiętam pierwszą próbę ze Snem Gerontiusa. To był właściwie chyba pierwszy dźwięk wydany przez orkiestrę i w ogóle gigantyczny zespół, bo tam są i soliści, i wielki chór złożony tak naprawdę z kilku zespołów. Kiedy podczas próby usłyszeliśmy ten pierwszy dźwięk, wszyscy zaczęli się rozglądać po sali i było słychać: „Jest pięknie!”. To przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.
W przypadku najnowszych płyt przeróżny jest repertuar, przeróżni wykonawcy. Za każdym razem to nowe spotkanie. Podchodzi się do niego inaczej?
A.N.: Ideałem byłoby podchodzenie do każdej płyty, jakby to był pierwszy raz.
Dla niektórych to jest debiut.
A.N.: Owszem i wtedy tym większy jest nasz stres, bo musimy stworzyć taką atmosferę podczas nagrania, by artysta czuł się komfortowo, by się otworzył. Jednak zapis interpretacji zostaje na zawsze. Ale artyści są też różni, nie chcę przeceniać naszej roli. Jedni oczekują od nas sugestii i bodźców, inni nie. Młodzi debiutujący muzycy patrzą na nas jak na osoby z doświadczeniem, czekają na rady. Andrzej jest w tym bardzo dobry.
A.S.: Bagaż doświadczeń jest ważny, ale ja przed każdym nagraniem odczuwam pewien stres. Mobilizujący. Dopóki nie usłyszę pierwszych dźwięków, czuję niepokój. Chodzi oczywiście o to, co my robimy, o to, żeby w mikrofonach dźwięk zabrzmiał tak, jak chcemy. Ważny jest czas na ustawienie, sprawdzenie mikrofonów, dobrze też odpowiednio przygotować mix, aby od początku wspomagał wykonawców. Jeśli oni słyszą, że fajnie brzmią, to ich uskrzydla, dostają wiatru w żagle. Zatem nie pogrążamy się w rutynie, za każdym razem niby wiadomo, gdzie tego dźwięku szukać, ale szukamy go zawsze inaczej, bo mamy do czynienia z nowym dziełem.
Jest wśród wykonawców tych nowych płyt NFM na przykład debiutujący fonograficznie kwintet instrumentów dętych, jest Zbigniew Pilch – skrzypek solista…
A.S.: W dodatku to są skrzypce barokowe. Nie przypominam sobie, żebyśmy wcześniej nagrywali taki instrument solo, to zupełnie coś innego niż zespół barokowy. Skrzypce Zbyszka w Sali Czerwonej brzmią wspaniale.
A Polish Cello Quartet?
A.S.: To był też nasz pierwszy raz. Nie nagrywaliśmy jeszcze kwartetu w Sali Głównej NFM. Skład, czyli cztery wiolonczele, jest również rzadko spotykany. Naszym zdaniem wyszło coś znakomitego, dzięki muzykom oczywiście, bo są wspaniali, ale akustyka tej sali na pewno dała wszystkim dodatkowy impuls do tego, by osiągnąć taki rezultat.
To jeszcze na koniec ja państwu opowiem o płycie, którą z waszej palety wybrałbym, gdybym musiał wybrać numer jeden. Byłyby to arie koncertowe Mozarta w wykonaniu Olgi Pasiecznik z Wrocławską Orkiestrą Barokową. Uwielbiam ten album.
A.S.: Co ciekawe, to nagranie jeszcze z sali Filharmonii przy Piłsudskiego. My też tę płytę kochamy.
A.N.: Tak, gdy sobie przypominam pracę nad nią, to emocje wracają. Mówiliśmy o chemii, która musi być w czasie nagrania. Miałam wrażenie, że właśnie coś takiego się wtedy stało między Olgą, orkiestrą, Jarkiem Thielem, który dyrygował, między Mozartem… Wszyscy czuli, że biorą udział w czymś wyjątkowym, dawali z siebie wszystko. To były bardzo intensywne i męczące dni, ale byliśmy wszyscy tak zmobilizowani, że wyszło coś naprawdę niezwykłego.
Życzę państwu (i sobie) więcej takich spotkań albo wręcz – samych takich spotkań. Dziękuję bardzo za rozmowę.
A.N., A.S.: Dziękujemy.
Rozmawiał Grzegorz Chojnowski (Radio Wrocław Kultura)



kategoria: Wywiady




© CameralMusic 2011 by programista | design: studiobaklazan.pl