1. Start
  2. Artykuły
  3. Polecamy
  4. Rock w Filharmonii – Ray Willson i 50 lat Genesis
ARTYKUŁ: Polecamy - Rock w Filharmonii – Ray Willson i 50 lat Genesis

Rock w Filharmonii – Ray Willson i 50 lat Genesis

szukaj w artykułach:

12 grudnia 2018 roku w Filharmonii Łódzkiej mieliśmy okazję usłyszeć trzeciego (po Peterze Gabrielu i Philu Collinsie) z wokalistów powstałej 1967 roku brytyjskiej grupy rockowej Genesis. Podobnie jak wcześniejsi liderzy, a także gitarzysta Steve Hackett, Ray może pochwalić się także autorskimi albumami, których oprócz przebojów Collinsa można było posłuchać w środę wieczorem w Łodzi.

Czy Filharmonia to dobre miejsce dla muzyki Rockowej?

Niezależnie od tego, czy i na ile cenimy dany gatunek muzyczny, często muzyka związana jest z miejscem. Tak jak kiepsko słucha się muzyki symfonicznej w samochodzie, bo chociażby zakres dynamiki jest zbyt duży, by ciche fragmenty mogły przebić się przez szum ulic, a jednocześnie jakieś forte nie rozsadzało głośników, tak jazzu miło jest posłuchać w małym klubie, a nie na pikniku rodzinnym. Myśląc Queen widzę stadion, a punk rock ciemną piwnicę, nie kawiarnię.
Gwiazdy rocka progresywnego z lat 70. i 80. potrafią się wpasować w bardzo różne miejsca.
Najwięksi są ciągle w stanie wypełnić stadiony czy hale koncertowe jak Tauron Arena, sprzedając przy tym sporo naprawdę drogich biletów (Ray pozwolił sobie na aluzję do cen biletów na trasę Collinsa podczas koncertu).
W końcu fan rocka z przed 30–40 lat jest już teraz w życiu ustawiony i może zapłacić te kilkaset złotych, żeby posłuchać swoich ukochanych artystów, tym bardziej że na koncertach nie bywa co tydzień.
O ile np. Roger Watters oprócz muzyki ma do zaprezentowania wielkie widowisko świetlno-scenograficzno-polityczne, które wymaga stadionu lub wielkiej hali, to w mojej ocenie większość koncertów rockowych miała by się lepiej w mniejszych obiektach. Powody to bardzo ograniczony kontakt z publicznością, często słaba akustyka, poza tym tłok, kolejki, nerwowość i wszelkie niedogodności jednorazowego spędu.
„Na szczęście” nie każdy jest w stanie zapełnić wielotysięczną arenę, a chodzi tutaj o zapełnianie bez pompowania w promocję, bo powiedzmy sobie szczerze – ekonomia wyznacza kierunek i pompuje się w tych, co zaczynają, a nie w tych, co pomału kończą.
Miłośnik rocka oprócz Knopflera/Dylana/ACDC za rok, za pińćset, w wielkiej hali czy stadionie w odległym mieście, może więc brać pod uwagę Fisha (ponoć uznawanego za alternatywę dla Raya do Genesis) w klubie rockowym w średnim mieście, albo Animals czy Raya w Filharmonii.
W klubie, kiedy krzyknie coś do Fisha, ten chętnie mu odpowie, będzie obserwował wszystko z bliska, a tańsze i lepsze piwo zamówi przy barze nie opuszczając koncertu. Będzie chciał to poskacze, będzie chciał, to się poprzytula z partnerką, tylko nogi będą trochę bolały, bo trzeba odstać koncert i pewnie support, no i nigdy nie zaczynają zgodnie z czasem. 3–4 godziny stania już nie dla każdego…
W filharmonii przed koncertem możemy skoczyć na kawę/wino i ciastko, w cenie jak z bufetu szkolnego, potem wygodnie usiąść na wprost sceny za sto kilka złotych i dobrze słyszeć. Nie poszalejemy, ale końcówki takich koncertów są zawsze na stojąco, to nam musi wystarczyć w kategoriach ruchowych. Za to po koncercie spokojnie doczekamy zakupu płyty, płyty podpisanej przez Raya, który nawet sympatycznie uściśnie nam dłoń albo ustawi się do wspólnego zdjęcia.
Wszystko ma swoje wady i zalety, ale dla mnie ma to wartość i sens.

O samym koncercie

Filharmonia pełna, bez reklam. Pan w sklepie winylowym budynek obok zaskoczony, że dzisiaj gra Ray, bo lubi taką muzykę, chętnie by posłuchał, ale nie wiedział. Pani miała już zamykać bufet („Koncert w środę!?, sama jestem, ciastek braknie”).
Genesis to zespół starszy od Raya, o bardzo różnorodnym repertuarze oscylującym w okolicach rocka progresywnego, art-rocka, a czasem soft-rocka czy nawet muzyki pop. W wydaniu Raya Willsona nie było Genesis z „Firth Of Fifth”, instrumentalnego prog-rocka z rozbudowanymi solówkami gitarowymi, ciekawą harmonią, zmiennym charakterem. Na koncercie dominowały akustycznie brzmiące utwory, pomiędzy które dobrze wplatała się solowa twórczość artysty („Song for a friend”), kilka przebojów Phila Collinsa (jak „Another day in paradise”), a później „Congo” Raya. Brak prog-rocka mogą rekompensować piękne ballady z solowej twórczości Raya jak „Alone” oraz „Song for a friend”.
Na tym tle najbardziej zapadła mi w pamięć „Mama”, singiel z albumu „Genesis” (1983), która mimo elektronicznego podkładu, zachowuje art-rockowy charakter. Najpierw napięcie budują melodyjne partie wokalne nastolatka mającego pretensje do prostytutki, która zdaje się nie zauważać jego bijącego do niej serca. W kulminacyjnym momencie przygasa światło i widzimy tylko oświetlonego Raya wydającego z siebie charakterystyczny odgłos śmiechu, któremu w tle towarzyszy nawiązująca do tekstu perkusja (efekt znany z teledysku z udziałem Phila Collinsa). Później brzmienie staje się cięższe i bardzo przestrzenne, a efekt przed końcem powtarza się jeszcze raz.


We wszystkich utworach widać, że wokalista jest w dobrej formie, a członkowie grupy Genesis nie bez przyczyny zwrócili na niego uwagę, by w 1996 roku rozpocząć trwającą 4 lata współpracę.
Nieco mniej pochwał należałoby się towarzyszącemu Rayowi zespołowi, który wydawał się troszkę zdekompletowany (porównując do nagrań dostępnych na Youtubie również trochę zmienny), a sekcja smyczkowa ograniczona do jednej pięknej dziewczyny pełniła już raczej rolę ozdobną.

Na koniec godny polecenia winyl akustyczny „Song for a friend”, kończący się piękną akustyczną wersją „High Hopes”, która jest aktualnie jedyną winylową wersją tego utworu jaką posiadam, gdyż „Division Bell” mam tylko na kompakcie. Cała płyta jest idealna na długie zimowe wieczory przy kominku i chyba dlatego, przekręciła się już u mnie w tym krótkim czasie tyle samo razy, co niejedno nagranie z kanonu gwiazd rocka.



kategoria: Polecamy




© CameralMusic 2011 by programista | design: studiobaklazan.pl